Ku wolności
Chodźcie, wstąpmy na Górę Pańską
Do świątyni Boga Jakubowego!
Niech nas nauczy dróg swoich,
byśmy kroczyli Jego ścieżkami.
Bo Prawo wyjdzie z Syjonu
i Słowo Pańskie - z Jeruzalem.
On będzie rozjemcą pomiędzy ludami
i wyda wyroki dla licznych narodów.
Wtedy swe miecze przekują na lemiesze.
Chodźcie, domu Jakuba,
postępujmy w światłości Pańskiej!
Godzina Jezusa zaczęła się, gdy rozpoczął On swe zbawcze działanie. Szczyt, to godzina Jego przejścia z tego świata do Ojca, o której mówi Jan na początku Ostatniej Wieczerzy, gdy zaczyna się męka i tryumf Odkupiciela ludzkości. A koniec czasów jest przez nas oczekiwany. Są jednak warunki wypełnienia się czasów.
Aby żyć w pełni czasów trzeba przyjąć wyzwolenie Jezusa. Trzeba stać się uczestnikiem przybranego synostwa i dać Duchowi Świętemu w sobie wołać "Abba Ojcze". Wyzwolenie jest zależne od modlitwy w Duchu Świętym. Drugi warunek: przyspieszenie godziny cudów, znaków zbawczych Jezusa, dokonuje się przez modlitwę Maryi, ale i przez czynienie wszystkiego, cokolwiek powie Jezus.
I trzecie, czego tak od razu nie można wyczytać z proroctwa Izajasza: pokój ludów zależy też od tego, czy te ludy przyjdą na Górę Pana i przyjmą prawo, które wychodzi z Syjonu i z Jeruzalem, czy te ludy zechcą uczyć się dróg Bożych, by kroczyć Jego ścieżkami. To wtedy dopiero Pan staje się rozjemcą i wtedy się spełni, to co jest napisane.
Aby wspólnota ludzkości, wspólnota Kościoła w naszym narodzie, tych mówiących tym samym językiem, mających tę samą kulturę, przeżywających swoją tożsamość wyznaniową, narodową, aby tę wspólnotę móc tworzyć, potrzeba aby wspólnota każda najpierw się wyzwoliła i żyła wolnością dzieci Bożych. Dała się wyzwolić Temu, który przyszedł w pełni czasów. Aby chciała żyć już w pełni czasów, w pełni wolności. Bo dla nas nastało już wyzwolenie Jezusa Chrystusa, jeżeli przyjęliśmy je, jeżeli już w sercach naszych Duch woła Abba Ojcze. Budowanie wielkiej wspólnoty zależy więc od tego, czy wspólnota tutaj, czy wspólnota mała, wspólnota oazowa jest społecznością wolnych dzieci Bożych, a nie niewolników. Nie może więc być dyskusji, zastrzeżeń na temat tego wszystkiego, cośmy objęli Krucjatą Wyzwolenia Człowieka.
Kochani, gdy przejdziemy od Krajowej Kongregacji Odpowiedzialnych, od tematu Nowej Kultury, do zadań Ruchu wobec naszego społeczeństwa, to nie może być dyskusji, co do tego, czy się w oazie pali i czy wino, to może być? A jak bardzo się chce pić. Trzeba się w ogóle zastanowić - czy na przykład w piątek można by nie pić kawy? Może by tak zacząć sobie stawiać wymagania. Może byśmy tak naprawdę powyzwalali się od różnych rzeczy, od których za bardzo bywamy zależni. Patrzmy dobrze, czy nie tkwimy w jakichś zależnościach od rzeczy, ale i od ludzi, że robimy coś tylko dlatego, że ktoś nas widzi. Abyśmy byli wolni i nie postępowali jak ludzie zniewoleni, których widzimy i których nam żal: ja muszę, proszę księdza, bo jakbym ja tak nie zrobił, to co by ze mną było - człowiek unienormalniający swoje życie sam.
Abyśmy żyć mogli duchem Wcielenia, abyśmy żyć mogli w pełni czasu, to musimy być już nie niewolnikami, ale synami. Formalne przystąpienie do Krucjaty Wyzwolenia człowieka to jest znak. Istota jest wewnątrz, jeżeli żyjemy duchem wcielenia naszego Pana Jezusa Chrystusa.
ks. Wojciech Danielski
Świadectwo
Chrystus umarł w moim sercu, gdy miałem 15 lat, wtedy bowiem sięgnąłem po alkohol. Posmakowało mi to i brnąłem dalej. Piłem dla odwagi, szpanu. Kiedy na mojej drodze stanęła kobieta, obecna żona, myślałem, że się coś zmieni, że będę w stanie kontrolować siebie, że może zerwę z nałogiem. Nic jednak nie zmieniało mojego postępowania. Bóg nadal nie istniał w moim życiu. Żona była bogobojna, ciągnęła mnie do kościoła. Chodziłem dla świętego spokoju. Kiedy wydawało się, że nic mi nie grozi, że jeszcze potrafię powiedzieć dziękuję, że piję jeszcze kontrolowanie, przyszedł etap, gdy już musiałem pić. Nie byłem w stanie przeciwstawić się temu złu. Wsiadłem w pociąg do nikąd. Nie pomogły prośby żony, dorastających dzieci, teściów. Spadałem na dno. Nic się nie liczyło. Moim panem był alkohol.
W roku 1980, kiedy moi synowie mieli już 18 i 10 lat, żona w momencie mojej chwilowej trzeźwości powiedziała mi, że jest w stanie błogosławionym. Zawrzało we mnie. Szatan zadziałał niesamowicie. Powiedziałem, że tego dziecka nie chcę. Wtedy Bóg przemówił do mnie. Poszedłem na drugi dzień do pracy, aby wziąć urlop, żeby się napić. Kolega zapytał: po co ci urlop? Bo chcę pić, bo nie chcę dziecka, a żona jest w stanie błogosławionym. Ona musi z tym zrobić porządek. Nie zdawałem sobie sprawy, że dziecko jest darem Bożym. Kolega powiedział wtedy słowa, które zostaną mi do śmierci: jeżeli związałbym ci ręce, nogi i wrzucił do wody, czy miałbyś szansę uratowania się? Powiedziałem: Nie. A to dziecko jaką ma szansę? Jest bezbronne. Jeżeli ci kiedykolwiek zabraknie chleba, przyjdź do mnie, ja ci go dam.
To był moment, kiedy dziecko otrzymało ode mnie prawo do życia. Nadal jednak piłem. Na chrzest dziecka kupiłem baterię alkoholu - 25 butelek. Podczas nabożeństwa w kościele coś w mojej duszy zaczęło się dziać. Odbierałem to jednak jako chwilową słabość. Kiedy przyszliśmy do domu, położyliśmy dziecko w małym pokoju. Wisiał w nim obraz Świętej Rodziny, na który przez wiele lat nie zwracałem uwagi. Coś zaczęło przemawiać w mojej duszy, patrzyłem na twarze: Jezusa, Maryi, Józefa. Kiedy o 19.30 zawołano mnie, abym się napił, trzymając dziecko w lewej ręce a kieliszek w prawej, pomyślałem: Synu jaka cię czeka przyszłość przy takim ojcu? Odstawiłem kieliszek i poszedłem do drugiego pokoju. Nie umiałem się modlić, błagać, prosić, tylko płakałem. Pan, który niejednokrotnie pukał do moich drzwi, teraz wchodził i pomagał mi. Wołałem do Matki Bożej, by mi dopomogła, bo nic nie potrafię.
Następnego dnia przed pracą wszedłem do kościoła i modliłem się o zerwanie z nałogiem. I stał się cud. Matka Boża uprosiła łaskę dla mnie. W 1982 r. wstąpiłem w szeregi Krucjaty Wyzwolenia Człowieka. Chrystus stał się moim Panem. Nie piję ponad 11 lat. Staram się być lepszym i znajdować dla Niego czas. Dzisiaj wiem, że każda modlitwa jest wysłuchana i że nie ma ludzi straconych.
Jurek z Przemyśla